niedziela, 29 grudnia 2013

ponarzekam jeszcze.

nic złego mi się nie dzieje. tylko w głowie jest źle. jestem taka zła na to, że nie mogę jeść, że jem. jestem taka zła że muszę ćwiczyć, że nie ćwiczę bo traktuję to jako karę. jem i wiem że zwymiotuję. planuję. planuję do przodu napady. kurde nie nie nie tak nie może być.

mówiłam tysiąc razy już że nie będę a dalej to robię. ale nie chcę. bulimia nie zabierze mi życia. 2014 rok powitam bez bulimii. nie będę wymiotować w 2014 roku. to będzie mój rok.

bilans:
owsianka

kasza jęczmienna, kurczak, pmidory

chałwa, krówka, 3 kawałki makowca, gorzka czekolada, mandarynka, budyń. :O

załamka...

czwartek, 26 grudnia 2013

porażka, masakra, załamka.

nie lubię czytać jak piszecie "gruba ja, kurwa suka słaba" to brzmi strasznie i dlatego ja przestałam tak pisać żeby siebie tak nie karcić. ale halo. uwaga. staję dzisiaj a wadze i witam liczbę 59.1 kg!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! nie widziałam 59 od kwietnia!!!!!!!! masakra ;( mówię sobie że koniec tego obżarstwa. zjadłam na śniadanie jabłko. ale później robiłam sałatkę więc jej próbowałam, jeszcze nie ma tragedii bo to same warzywa. a później podżerałam sałatkę ziemniaczaną (no dobra z 4 plasterki ziemniaka to też jeszcze nie tragedia) później tato mi podsuwał chude mięso, schab - znowu kilka plasterków (cieniutkich na szczęście) ale najgorsze że dostałam zadanie... pokrojenia ciasta. no kurde. z każdego kawałeczek spróbowałam, no ie wiem ile to wyszło ze dwa takie plastry ciasta w sumie. ale wiecie co? najgorsze, że ja NIE POTRAFIĘ PRZESTAĆ. nie wiem. po prostu ie kontroluję tego. najpierw nie jem, ale jak już czegoś skubę to tak mogę do usranej śmierci WPIERDALAĆ. załamka na maksa. mam zamiar jeść i wymiotować. nie wiem jak mi się uda to przy rodzinie, ale jak nie znajdę dobrego momentu to zwymiotuję to w moim pokoju. wiem, że nie ma sensu mówienie że zjem mało albo nic, bo mam cały stół, kuchnie i wszystko po prostu zastawione przepysznościami. fakt, że przytyłam jeszcze bardziej skłania mnie do jedzenia, nie wiem. nie ogarniam. przykro mi strasznie. chuj z leczeniem się z bulimii. ja nie mogę tyć. muszę rzygać.

środa, 25 grudnia 2013

przytyłam na bank.

jeju jeju jeju jeju!! nie wiem co się ze mną dzieje. Jem bez przerwy. tak się psychicznie nastawiłam na niewymiotowanie, że bezkarnie jadłam. cały czas. nie wiem. nie wiem co we mnie wstąpiło. nie że NA RAZ wpieprzałam. po prostu ciągle coś. wigilię zaczęłam spokojnie. najpierw jeden pieróg i barszcz. później kawałek ryby po grecku i łososia. a później... chyba z 5 kawałków ciasta i to różnych! taka pełna chodziłam. widzę, że przytyłam. w końcu od 4 dni jadłam ile wlezie ja pierdole.
w końcu dzisiaj tak źle się czułam że się nażarłam specjalnie żeby zwymiotować. i pomogło. nie chciało mi się jeść ale pić strasznie. i w końcu zjadłam trochę pomelo i jabłko i znowu się czuję taka pełna. idę rzygać. idę jeść i rzygać. muszę trochę wymiotować żeby sobie jedzenie obrzydzić. kurwa kurwa kurwa jak ja się pokażę na Sylwestrze, taki pączek ;(?!

wtorek, 24 grudnia 2013

wybaczcie sobie.





Wybaczcie sobie dzisiaj. Mówi się że Święta to czas kiedy wybaczamy. Tak więc dziewczyny, nie karćcie się dzisiaj za jedzenie. Dzisiaj nie powtarzajcie sobie że jesteście beznadziejne bo zjecie pierogi i kawałek ciasta. Wybaczcie sobie chwile słabości. Wszystkie jesteście piękne.
Życzę Wam abyście były szczęśliwe i znalazły spokój ducha. Nie gońcie za złudnym szczęściem. W środku boli Was tyle przykrych rzeczy, nie zapominajcie kim jesteście naprawdę. Żyjcie dniem dzisiejszym. To Wy tworzycie historię swojego życia. Żyjcie tak abyście nie żałowały żadnego dnia. Rano jak się obudzisz, pomyśl co możesz zrobić dzisiaj żeby wieczorem być z siebie dumną? Dacie radę. Damy radę. Będziemy szczęśliwe, w końcu pojmiemy w czym leży problem, rozwiążemy go i będziemy szczęśliwe. Tutaj żadna z nas nie jest samotna, siedzimy w tym razem.
Buziaki kochane :*

poniedziałek, 23 grudnia 2013

w Świętach nie chodzi o żarcie!



jejku... nic nowego. wczoraj ok. 14 zeszłam na dół i widzę że ojciec znowu pijany. moja siostra mówi że od rana. i ja wtedy miałam tak wyjebane... zrobiłam ciasto na pierniczki, ciasto marchewkowe, wylizałam dwie miski po tych ciastach, podżerałam cukierki i niczym się nie przejmowałam miałam to gdzieś. do ojca się nie odzywałam i w końcu chyba zaczęło do niego docierać, bo już więcej tego dnia nie pił.

zjadłam później omleta z białym serem i bananem z żytniego ciasta. i kanapkę. później gadałam z Darią i mnie przeprosiła i się pogodziłyśmy więc w sumie humor mi się poprawił i wszyscy umówiliśmy się na "spotkanie przedświąteczne" czyli nas szóstka, marihuana i alkohol. wypiłam prawie dwa piwa, zjadłam jeszcze z dwa kawałki tego ciasta marchewkowego i z 10 cukierków. wiem, że to dużo ale wczoraj się tym po prostu nie przejmowałam. wypiłam przed snem jeszcze 3xsenes ale 3 to już na mnie za mało bo nic a nic mnie nie ruszyło.

do czego zmierzam. dziś jak wstałam rano to sobie powiedziałam że już rzygam tym słodkim i nie mam nawet na to ochoty. zjadłam jajecznicę na śniadanie i nie wiem jak to się stało, znowu zaczęłam podżerać cukierki, ciasto, kakao... nie wiem po co. nagle pomyślałam, że zwymiotuję. ale po co? w sensie na wadze dzisiaj 57.5 jak zobaczyłam, to pomyślałam "nie ma tragedii". ale czuję dyskomfort i chciałabym zwymiotować ale chyba tego nie zrobię. nie mogę sobie mówić cały czas że tego nie powinnam tego mi nie wolno bo później właśnie tego chcę najwięcej, nawet jak nie mam ochoty.
ehh. no i co? ochota na słodkie to chyba przed okresem. plan jest taki. nie chcę wymiotować. muszę się ogarnąć. naprawdę po tych dwóch dniach słodyczy zatęskniłam za swoim zdrowym żarciem. odpuściłam trochę i starczy.
nie zwymiotuję tych tysięcy kalorii. nie chcę. ale za to wypiję senes z 7 torebek, i do końca dnia lekka dieta. koniec. na te Święta wyczerpałam limit obżarstwa. wieczorem jeszcze poćwiczę a teraz wyjdę na spacer z psami.
dziewczyny! to jedzenie możemy jeść w każdym czasie w ciągu roku. nie bądźmy słabe. zachowajmy umiar. nie mówmy sobie "schudnę". przez te Święta mówmy sobie "nie przytyję". poćwiczymy trochę dłużej i tyle. damy radę :)

niedziela, 22 grudnia 2013

pasuję do Was. powrót.

troszkę mnie nie było, nie wiem kogo to obchodzi, ale oczywiście wracam. może to jednak jakoś pomoże, może pogorszy sprawę. otóż, zawzięłam się i chciałam wyjść na prostą, ale tę prostą jedzenia i życia normalnie. i wychodziłam do ludzi, imprezowałam, cieszyłam się. poszłam nawet do tego dietetyka. waga 58.8 :O to akurat po obżarstwie, bo po 2-3 dniach spadło do 56.6 kg ale nie wiem naprawdę ile ważę, coś pomiędzy 59 a 56 ;]
w każdym razie dietetyk mnie zmierzyła i wszystko mam w normie. tkankę tłuszczową, wodę i mięśnie. powiedziała że jak nie wymiotuję to wiem jak się odżywiać i ona nie wie jak mi pomóc bo nawet nie ma z czego zbijać ale będziemy próbować. i dieta 1400 kcal, czyli tak jak kiedyś. i tak sobie żyłam całe 5 dni. 5 dni i byłam pewna że wyzdrowiałam. jeju... zawsze jak kilka dni jem normalnie i ćwiczę to myślę że cudownie wyzdrowiałam, że już nie potrzebuję terapii, szpitala, psychologów, że poradzę sobie sama i że to TYLKO jedzenie, jestem do tego silniejsza. ale nie jestem.

a teraz dlaczego wczoraj miałam napad?
nie chodziłam n zajęcia. przez 3 tygodnie byłam na 2 lekcjach na uczelni. DWÓCH LEKCJACH. porażka. mam troszkę zaległości i chyba mnie to przytłacza, że zawaliłam. pocieszam się tym, że od stycznia idę na terapię i nie muszę być na zajęciach, ale przecież będą w styczniu same zaliczenia i MUSZĘ SIĘ SPIĄĆ I WZIĄĆ DO ROBOTY. a ja nie mam na to zwyczajnie ochoty. zaczynam się uczyć i boję się że nie zdążę i wszystko rzucam i się denerwuję na siebie.

po drugie ojciec. pije. cały czas. nie chce mi się już o tym pisać, ale to jest to co najbardziej na mnie wpływa negatywnie. wiem, że kiedy jestem niemiła dla niego to dlatego że mszczę się za to, że wcześniej pił i jak jest trzeźwy do tego nie pamięta, że ze mną rozmawiał, że pytał o coś, że kłamał że nie pije a jak wzięłam posmakować jego "sok" to czułam obrzydliwie mocnego drinka. nie chcę być taka jak ona, i nie chcę uciekać w rzyganie tak jak on w alkohol. ale to silniejsze ode mnie. mogę nie chudnąć. ja muszę jakoś odreagować i nie potrafię znaleźć zdrowego sposobu na to. przykre. może czyni mnie to słabą, ale taka jest prawda.

w piątek miałam taki napad w głowie, ale go wytrzymałam. ale wczoraj ojciec znowu pił. pisałam do mojej Darii. ale ona tego nie rozumie. powiedziała, że powinnam go zrozumieć bo jest sam i nie wyzywać go od egoistów bo sama nie jestem lepsza, bo ja mogę mieć nałogi i się użalać i już każdy inny nie. bardzo mnie to zabolało. nie dlatego, że tak jest. po prostu pierwszy raz pozwoliłam sobie na złość na to, że on pije i zostałam za to skarcona. a ja przecież rozmawiałam z nim tyle razy żeby nie pił, że się martwię, że niszczy siebie i mnie przy tym, że to boli, że nie to jest najważniejsze. przychodziłam i przytulałam się często, mówię że go kocham, pomagam w obowiązkach. opiekuję się. a on nic. to nie jest egoizm? dlaczego nikt nie spojrzy na moje uczucia? jest mi tak cholernie źle. dlaczego ona (Daria) nie mogła mnie pocieszyć tylko wpędzić w jeszcze większe poczucie winy? eh.. nie wie jak to jest być DDA. chciałam tylko żeby mnie pocieszyła, ale najwyraźniej uważa że wszystkie moje problemy to mój wymysł i mogę sobie z tym poradzić jeśli zechcę. niestety tak nie jest. przez to się zamknęłam na nią w jednej sekundzie. żyję w strachu, że on umrze z dnia na dzień jak matka. a ona mnie karci za to i mówi żebym przestała się użalać. najbliższa mi osoba nagle staje się dla mnie obca, tylko dlatego, że nie może mnie zrozumieć. nie może mnie pocieszyć. nie może powiedzieć zwykłych słów "nie martw się, będzie dobrze". tylko mówi "oj weź się już nie użalaj, Ty jesteś egoistką". może i jestem. dlatego muszę się jakoś ukarać.

tak więc cały dzień chodziłam z tą myślą, i z tym że nie mogę się skupić na nauce, że chce mi się płakać jak patrzę na ojca, że drugi dzień już nie ćwiczyłam.  i zaczęłam jeść. od 19.
najpierw 2 zdrowe kanapki z razowego chleba z szynką z kurczaka i warzywami. później jabłko. później pół pomelo. później mandarynkę. później trochę czekolady, najlepszej na świecie. później płatki Lion z mlekiem. później cukierki. czekoladowe. przeróżne. z 20? może nawet 30. nie wiem. były pyszne. aż mnie zemdliło. zrobiłam sobie jeszcze w międzyczasie kakao i kanapkę z masłem i dżemem. wszystko jadłam powoli i delektowałam się tym. zagryzłam waflami ryżowymi i jabłkiem bo było mi tak słodko. i zjadłam jeszcze z 4 cukierki. aż nie mogłam się ruszać. byłam najedzona 9/10 gdzie 10 to już pękam. położyłam się i zastanawiałam czy mam iść wymiotować czy nie. jadłam i jadłam od 19 do 23. cztery godziny. i tak już się dużo strawiło. ale co tam. biłam się w myślach aż zasnęłam. wstałam przed 6. wypiłam senes z 6 torebek herbaty i mam zamiar nic nie jeść dziś, chociaż na pewno coś zjem. albo przelecę na jabłkach. dalej czuję się taka pełna. jadłam i jadłam. wiem, że byłabym w stanie zjeść to wszystko w pół godziny i wtedy musiałabym to zwymiotować żeby nie czuć tego, że zaraz pęknę. ale nie zrobiłam tego. chciałam być silniejsza od bulimii, ale jakie silniejsza, skoro jedzenie wygrało?

cieszyłam się na Święta, na atmosferę, na pobyt w domu. ale już nic mnie nie cieszy. nie chce mi się starać. chciałabym przespać resztę swoich dni, chudnąć i zniknąć. jest mi tak ciężko. użalam się, ale to mój pamiętnik więc mogę.

koleżanka z którą nie widziałam się chyba z pół roku wyciągała mnie już tyle razy z domu, wczoraj umówiłyśmy się na basen i saunę. ale po moim wczorajszym obżarstwie nie mogę. powiedziałam że mam okres. może teraz ucieka mi relaks i kawałek tego właśnie czym zwie się życie. ale nie potrafię. wiem, że jakbym z nią poszła to moje kompleksy by mnie zabiły. zły humor, bo przecież wyglądam jak wieloryb. nie mówiłabym za wiele, bo jedyne co w mojej głowie to odchudzanie i zły stosunek do siebie i świata. więc po co mam się z nią spotykać? po co spotykać się z kimkolwiek? chcę być sama. tak jest najlepiej. wtedy czuję się najlepiej.

środa, 11 grudnia 2013

SGD 3. ciężko.

nie mogłam wytrzymać.po prostu. jest mi wstyd. znów rzygałam. miałam okropny napad. nie myślałam. nie mogłam wytrzymać tego jebanego głodu. naprawdę. więc zjadłam tę owsiankę. i mieściłam się przecież w limicie. ale miałam po tym takie wyrzuty że ją zjadłam że NIE MOGŁAM MYŚLEĆ O NICZYM INNYM tylko o tym że już NIE jestem głodna. i musiałam dojeść i rzygać. dwa razy. wiem, że zawiodłam. nawet nie macie co mnie podziwiać. ja jestem na to za słaba. nienawidzę rzygać. nienawidzę tego. ale czuję się wtedy sobą. jak czuję ten cholerny głód to wychodzą ze mnie wszystkie UCZUCIA, jakby dochodzi do mnie że moja chudość i tak niczego nie zmieni. wtedy przez moment myślę że mogę jeść. a jak zjem, cokolwiek, to myślę sobie że to nie dla mnie jest jedzenie. jest bardzo źle. nie wiem teraz czy się głodzić, obżerać i wymiotować czy ćwiczyć silną wolę i jeść po te 1200 kcal i nie rzygać. nie wiem. tak bardzo chciałabym schudnąć... tylko po co? :(
razem: 628
SGD: 311/400

wtorek, 10 grudnia 2013

SGD dzień 2. głodna.

nie będę zaprzeczać. cholernie, cholernie jestem głodna. nie mogę się skupić na lekcjach. chcę tylko przeżyć ten dzień z minimalną ilością jedzenia i obudzić się już chuda. po prostu tak bardzo chcę być chuda. ale czuję głód. czuję cholerny, nieprzerwany głód, chcę być najedzona i szczęśliwa. i co? jak jem to i tak myślę 24h o jedzeniu, kaloriach i ćwiczeniach. jak nie jem też. więc co za różnica czy będę jeść i rzygać, czy będę się głodzić, czy będę jeść zdrowo i ćwiczyć jak nienormalna? i tak i tak to obsesja...
mam mętlik w głowie. jedyne dlaczego nie wymiotuję dzisiaj to to, że chcę sobie udowodnić, że jestem silna i potrafię wytrzymać bez jedzenia. a przecież czuję ciągły, nieprzerwany głód. nawet jak coś zjem. nie chce mi się uczyć. po prostu nie mam na to ochoty i to sprawia, że jeszcze bardziej jestem zła na siebie. tak się boję, że zawalę że od razu chcę się poddać.
ale co tam. jak tydzień czy dwa skupię się na niejedzeniu a nie na nauce to świat się chyba nie zawali? zresztą, co mnie to obchodzi? bycie chudą to mój cel. nie mogę ciągle zaczynać od początku. chuda, chuda, chuda, chcę być chuda, chcę zniknąć!! :(
przyjęli mnie do szpitala. jeżeli załatwię wszystko w szkole to od 7.01.14 zaczynam terapię. to jest miesiąc w którym muszę schudnąć. muszę zrzucić chociaż 3 kg. przecież jak zacznę terapię to już nie będę mogła się głodzić bo będą mnie kontrolować dzień w dzień. dlatego teraz dwa tygodnie głodzenia się. nieuczenia się. później dwa tygodnie w domu bez szkoły, co prawda święta będą, ale dam jakoś radę. zaczynam sobie wmawiać, że jak się najem i zwymiotuję to nie schudnę. więc nie jem. po prostu.tyle z Was daje radę, przecież Wy też chodzicie głodne, nie zaprzeczycie. dam radę. schudnę, schudnę, schudnę!!



razem: 536 kcal
SGD: 317/300 =(



poniedziałek, 9 grudnia 2013

nie ma tragedii :)

przyznaję się bez bólu że rano wymiotowałam.miałam wyrzuty po tej imprezie bo jadłam wczoraj jak się upiłam, no ale było ZAJEBIŚCIE!! tak się wybawiliśmy wszyscy :D poza tym całą noc na parkiecie i jeszcze wracaliśmy z buta. mam mega zakwasy po wczorajszych ćwiczeniach, po prostu czuję każdy mięsień. w każdym razie pomyślałam o Was moje drogie, że wszystkie zaczynamy SGD i to bardzo nie sprawiedliwe, że ja wymiotowałam. dlatego dzisiaj absolutne minimum. muszę się pouczyć. poza tym jeżeli będę wymiotować na SGD to kończę z tym. dam sobie tydzień i zobaczę. :)

Bilans:

oprócz tego co wymiotowałam to nic :D
zjem tylko indyka 80 kcal z waflem ryżowym i warzywa.

100/400

trzymajcie się!!! :*


niedziela, 8 grudnia 2013

ze skrajności w skrajność.

kurde nie wiem co się ze mną dzieje. jakoś źle się czuję. trzymam dietę i dużo ćwiczę, dzisiaj dwie godziny. ale jest we mnie pełno emocji których nie potrafię uzewnętrznić. nie mogę się skupić na nauce tylko ciągle liczę kalorie i planuje treningi. eh. we wtorek już idę na rozmowę do szpitala, błagam trzymajcie kciuki żeby mnie tam przyjęli, potrzebuję tej terapii!!

dzisiaj mój kolega ma urodziny i planowaliśmy to już dawno więc dzisiaj chcąc nie chcąc napiję się tej wódki. eh. może to mnie tak dobija?

Bilans:

8.00
owsianka z orzechami i cynamonem 400 kcal
11.00
ryż z jabłkiem i jogurtem 295
14.00
indyk z makaronem i szpinakiem 365
17.00
banan z jogurtem 120
20.00
tuńczyk z papryką i 1wassa 195

razem: 1375 + alkohol i cola zero

sobota, 7 grudnia 2013

weź się za siebie!

okey. postanowiłam, że eliminuję alkohol. jest 7.12. do Sylwestra nie piję. nie palę itp. ostatnio byłam na imprezie i zjadłam dwa małe kawałki pizzy i kilka czekoladek. jeju jakie miałam wyrzuty. a że napięcie we mnie rosło i rosło to w piątek rano wymiotowałam. a po imprezie jeszcze wypiłam 6x senes żeby się oczyścić... eh. ale wiecie co? jakoś nie czuję się gorzej. bo w ogóle nie miałam w tym przyjemności. wydaje mi się, że mój mózg zaczyna racjonalnie myśleć. ja nie mam ochoty na wymioty. to taka zmyłka była. heh, biorę się za zdrowe odżywianie. taki styl bycia będę miała. lubię to, naprawdę. nie chcę jeść słodyczy. nie mówię że nie będę już nigdy bo to źle się kończy. kostka czekolady, kawałek ciasta, raz na jakiś czas. okey. i tyle. wytrzymałam długo bez wymiotów odliczam znów dni. jestem na dobrej drodze, czuję to.

waga: 56.5 kg
tłuszcz: 24 %
woda: 55.4 %
mięśnie: 37 %

wg mojej wagi ;p wymiary bez zmian.

generalnie bilansów nie przekraczałam poza tą jedną imprezą.
biorę się teraz za lekcje, wieczorem trening, a bilans będzie wyglądał tak:

8.45
kawa 2 kcal
orzechy 12 g (wymieszałam słonecznik, pestki dyni, nerkowce i orzechy włoskie) ok. 80 kcal?
mleko 250 ml 125 kcal
płatki owsiane 40g 150 kcal

12.30
jabłko 90 kcal
ryż 25g 80 kcal
orzechy 80 kcal

15.00
indyk 150 g 150 kcal
kasza jęczmienna 50 g 165 kcal
pomidor 30 kcal
łyżeczka oliwy 40 kcal

18.00
banan 100 kcal
orzechy 80 kcal

19.00 trening

20.00
ser biały 100 kcal
wassa 32 kcal
ogórek 20 kcal

razem: 1322 kcal
nie wiem ile te orzechy mają kalorii, przy odrobinie czasu sprawdzę dokładnie. takiego jadłospisu będę się trzymać. zdrowe odżywianie plus trening bez wymiotowania. dajcie mi siłę....



środa, 4 grudnia 2013

...smutno.

u mnie bez zmian. tzn. dalej jestem śpiąca i nic mi się nie chce ale jakoś tak.. no nie wiem. zaraz wychodzę ze znajomymi i będę pić alkohol. ale strasznie mnie męczy to że tyję. tzn tak się czuję. i jestem taka smutna bo tak mi ciężko walczyć z tym żeby nie wymiotować. boję się że się złamię.

bilans:
9.30
owsianka z cynamonem 300
13.30
kasza jęczmienna 165
jogurt 75
pomelo 115
17.30
łosoś 200
kasza jęczmienna 165
szpinak 30

razem: 1050 kcal + alkohol i pewnie jakieś jabłka i wafle ryżowe :D

z ćwiczeń to rozciąganie i skalpel. marzę żeby iść już na siłownię i wylać z siebie ostatnie poty !!!

wtorek, 3 grudnia 2013

lekka załamka ale nie poddałam się...

nie wiem czy to przez to, że NIESTETY stanęłam dzisiaj na wagę czy po prostu mam taki nastrój obniżony, ale prawie się poddałam. otóż na wadze było 57 kg. znowu. i troszkę się tym zdołowałam, ale trzeba się przyznać że paliliśmy wczoraj ze znajomymi więc zjadłam jeszcze ser biały z owocami i musli i to miało jakieś 400 kcal wszystko razem. o 23. a o 1 poszłam spać. więc może to nadmiar wody czy coś. w każdym razie zanim robiłyśmy to jedzenie to Daria mówi: szkoda że już nie jesz tostów :( a ja że mogę zrobić jej tosty, a ona że "nie, w sumie się cieszę że tak jesz bo teraz zjem coś zdrowego i się najem a nie tosty z majonezem i serem. obliczyłam tosty na ok 700-800 kcal więc to by było dwa razy więcej niż zjadłyśmy. no i w sumie i tak jestem z tego faktu zadowolona. PRZYNAJMNIEJ zdrowo.

rzecz w tym, że poczułam takie ukłucie w sercu, że NIE schudnę. i niby się cieszę, że uczę się zdrowo odżywiać i słodycze mogę zastąpić czymś zdrowym i smacznym. moim znajomym się to udziela. oni się nawet z tego cieszą. nikt nie mówi 'pierdol to, zjedz ciastko'. sami próbują tego co ja jem, a jak czegoś nie chcę to nikt mnie nie zmusza. chociaż wszyscy zgodnie uważają, że nie powinnam chudnąć... nieważne. ja się czuję okropnie.

poszłam dzisiaj do lekarza, a on do mnie czy jestem zmęczona i niewyspana, bo taka blada i w ogóle słaba jakaś, i mi dał skierowanie na badania z krwi. i tak mnie mierzy wzrokiem i się pyta czy życie nie jest do dupy, czy nie chudnę i co robię że taka zmęczona jestem. no ale wszystkiemu zaprzeczyłam. a faktem jest, że rzeczywiście ostatnio cały dzień mogłabym przespać i kawa mi nie pomaga. mam nadzieję że to niedługo przejdzie i to tylko taki przejściowy okres bo zima idzie. OBY.

co więcej, dzisiaj przed obiadem już taka dosyć głodna byłam a czekałam aż się ryż zagotuje (taki nieprzetworzony 45 min + 10 min odparowania) i zaczęłam siorbać zupę ogórkową z garnka i klika kostek ziemniaka. no nie wiem ile to mogło mieć kalorii ale nie mogłam się powstrzymać i szybko sobie zrobiłam herbatę żeby tej zupy nie jeść tylko czekać na swój obiad.
a wcześniej, po drugim śniadaniu stała na stole wielka miska z przeróżnymi ciasteczkami, w kuchni wafelki i na bufecie ptasie mleczko i pierniczki. a moja siostra zrobiła pizzę. i nie zjadłam. ale autentycznie, taka przybita tymi 57 kg cały dzień, już miałam ochotę żreć i wymiotować. mimo to powstrzymałam się. powiedziałam sobie, że super figura nie zrobi się w jeden dzień, a ja nadal będę krok do tyłu. więc nie jadłam. i nie wymiotowałam.

zostaję do końca tygodnia w swoim mieście i bardzo się z tego cieszę. tu się czuję jak w DOMU i tak mi dobrze. zaraz będę ćwiczyć w domku, a później czytać książkę.
mam nadzieję, że jutrzejszy dzień będzie lepszy, że się nie złamię i nie będę wymiotować. tak bardzo, bardzo, baardzo nie chcę!!! :(

Bilans:

8.30
płatki owsiane 180
mleko 125
banan 70

12.30
2* kromka chleba 170
szynka 20
pomidor 15
serek wiejski 100
pół jabłka 40 kcal

16.30
indyk 150
szpinak30
papryka 20
pomidor 20
ryż mix 160

20.00
ser biały 100
papryka 30

razem: 1230 kcal

poniedziałek, 2 grudnia 2013

śpiąca, ale dobrze jest :)

nie wiem czy to ciśnienie takie niskie czy co, ale ciągle jestem niewyspana :/ dzisiaj byłam z siostrą na zakupach później tylko czytałam na seminarium. zaraz będę ćwiczyć i później jeszcze się pouczę. może Daria do mnie przyjedzie na noc, nie wiem ;)

jestem szczęśliwa. tak DOBRZE jest się uśmiechać. po prostu dobrze. :)

Bilans:
9.00
2* kromka chleba razowego 168
2* jajko 150
pomidor 30
2* plaster szynki 28
13.00
banan 80 kcal
15.30
owsianka z bananem i musli 54+125+60+146= 385
17.30
mandarynka 30
18.30
serek wiejski 120
kromka chleba 84
papryka 32
szynka 14
20.00
ser biały 100
papryka 32

razem: 1253 kcal

aha i najważniejsze! minęło 7 dni jak nie wymiotuję!! nie ważyłam się, może zrobię to jutro. szczerze? po prostu się boję. strasznie się boję. ale i tak mogę być z siebie dumna. 7 dni. 7 wspaniale przeżytych dni :)


niedziela, 1 grudnia 2013

przeSZCZĘŚLIWA!

:)
bilans wczoraj przekroczyłam i to bardzo. tzn piłam żubrówkę z SOKIEM jabłkowym. ale to na początek. bo wypiłam wczoraj najwięcej alkoholu w swoim życiu. najpierw pojechałam do Darii mojej <3 wypiłyśmy w ciągu jakichś 2 godzin 0,5 litra tej wódki z sokiem. później ja zjadłam serek wiejski lekki + trochę makaronu + mały banan (ok 350 kcal) i wyszłyśmy. pojechałyśmy AUTOBUSEM (śmieszne bo nie jechałyśmy w naszym mieście autobusem chyba z 6 lat;P) i poszłyśmy do jednego klubu. jeszcze przed wyjściem tańczyłyśmy chwilę i prawie się spóźniłyśmy na ten autobus. w tym kubie średnia muzyka i jakoś tacy ludzie dziwni, starsi i w ogóle trochę lipa. ja zaczęłam ZIEWAĆ na parkiecie. więc wypiłyśmy energetyka (nie mieli bez cukru :(). w końcu wyszłyśmy i poszłyśmy do drugiego klubu, w którym ona pracuje tylko teraz miała wolne bo jest niepełnosprawna po wypadku. w sensie palca ma złamanego. i tam już było w porządku, zajarałyśmy też trochę w międzyczasie kilka razy, tańczyłyśmy i tańczyłyśmy. i piłyśmy. z energetykami wódkę. nie mam pojęcia ile w sumie ale DUŻO. w końcu czekałyśmy do końca aż zamkną a ja marzyłam żeby już być w łóżku bo nóg nie czułam i taka pijana jeszcze, bez sił. ale jak już wyszłyśmy to jakiegoś powera dostałam, dobry humorek, takie pierdoły gadałyśmy w tej taxówce ("koniecznie jak wrócimy do domu musimy zapisać to w naszym pamiętniczku. tym różowym" <3) pojechaliśmy na stację po PIWO. wróciłyśmy do domu. puściłyśmy muzykę na fula. tańczyłyśmy. jadłyśmy. była jakoś 5 rano. zjadłam galaretke z kurczaka i troszkę jogurtu owocowego z makaronem. no i w międzyczasie jak piłyśmy jeszcze przed wyjściem to jadłyśmy orzechy nerkowce, ze dwa wafle ryżowe i jabłko koło 20. no wracając. znalazłyśmy WINO, wypiłyśmy do końca. tańczyłyśmy. znalazłyśmy ADVOCAT, wypiłyśmy po dwa kieliszki. tańczyłyśmy na górze (inna muza :D), przebrałyśmy się w piżamki (pyjamas party) wróciłyśmy. poszłyśmy na fajke z 3 razy w międzyczasie do garażu, tańczyłyśmy (jeszcze inna muza - z radia :D). wróciłyśmy na poziom 0 naszej "dyskoteki", wypiłyśmy jeszcze ze 2,3 kieliszki BAILEYS'a <3 i weszłyśmy do SAUNY hahaha. tam też musiała być impreza. tańczyłyśmy, śpiewałyśmy. w końcu opadłyśmy z sił i poszłyśmy spać. o godzinie 7.30 RANO. opisałam tylko jak spędzałam czas z nią, bo generalnie przez noc byłyśmy też z innymi ludźmi i różne rzeczy robiłyśmy, ale MY się tak świetnie SAME bawiłyśmy. było super. obudziłyśmy się koło 11. generalnie zjadłam dzisiaj:
13.00
zupa ogórkowa z ziemniakiem 200-300 kcal
16.00
ananas i mandarynka ok. 200 kcal
zaraz zjem sobie jabłko bo głodna jestem 100 kcal
i wieczorem jakąś owsiankę może na 300 kcal.
razem: 900 kcal

nieważne, że przekroczyłam bilans i dużo piłam. w ogóle nic nie jest ważne. ważny jest DZIEŃ DZISIEJSZY. po prostu ja się nie poddam. wiem, że nie przytyję od jednej imprezy. będę ćwiczyć regularnie 3 razy w tygodniu i zdrowo się odżywiać. ale muszę jeszcze wychodzić do ludzi. teraz wiem, że jestem w stanie powstrzymać się od jedzenia śmieci kiedy ktoś przy mnie je je. i cieszę się z tego. wyzdrowieje. skupiam się na tym, żeby nie wymiotować. skupiam się na tym żebym była szczęśliwa. będę silna. chcę się cieszyć KAŻDYM dniem. odzyskać siebie.