ten post bedzie pewnie mega dlugi, ale mam nadzieje ze dzieki niemu chociaz w jednej osobie dokona sie zmiana.
nie bylo mnie tu kilka miesiecy a wiele przeszlam terapie, warsztaty i inne takie. bulimia wydawalaoby sie miala juz odejsc w niepamiec ale wrocila. tak, rzygam codziennie. zaczelam sie glodzic. zaczelam czytac wasze blogi. swoje stare wpisy. lzy w oczach. po prostu nie moge uwierzyc ze ta choroba tak wziac atakuje. to pranie mozgu dziewczyny!!! nauczylam sie jak wazne jest zyc w zgodzie ze soba i tylko soba i nie daje sobie juz upasc na dno. wlasnie sie ogarnelam! czytajac Wasze wpisy nie chce dalej grzebac sie w tym bagne i nie chce zebyscie wy tez sie w nim grzebaly. jesli ktoras z Was jest chetna porozmawiac to piszcie do mnie. odpowiem na wszystkie pytania wespre Was i wszystko bedzie dobrze. tez przezywam to pieklo ale juz wiem jak je pokonac. jednak potrzeba do tego duzo sily. ja bede Waszym wsparciem a wy badzcie moim!
K.
Walczę!
Every piece of food eaten causes a war inside my head.
poniedziałek, 15 grudnia 2014
sobota, 19 kwietnia 2014
wariuję.
nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się tak źle. naprawdę. niby wszystko okey, ale znowu wymiotuję. jeju... było tak dobrze, wytrzymywałam po tydzień a później tylko raz i zaraz się ogarniałam ale od kilku dni nie mogę się powstrzymać. dzień zaczynam dobrze, ale w środku dnia robi się coraz gorzej. najgorsze jest to, że się dołuję tym, że nie jestem sobą. nie wiem już kim jestem i czego chcę. psycholog uświadomiła mi, że nawet jak jem zdrowo, ćwiczę i się uczę (czyli w moim mniemaniu jest okey) to i tak robię to do tego stopnia że nic innego się nie liczy. więc albo pracuję na 100 % albo rzygam i nie robię kompletnie nic. a teraz, wymiotuję i uczę się i ćwiczę i jem zdrowo na zmianę a czuję się BEZNADZIEJNIE. wszystko co robię to autopilot. muszę zrobić to, muszę zrobić tamto ale gdzie JA w tym wszystkim jestem? jestem nikim po prostu. nie chce mi się żyć nie chce...
środa, 9 kwietnia 2014
środa, 26 marca 2014
coś trzeba napisać...
chcę przelać trochę swoich myśli na "papier" chociaż generalnie nic się nie zmienia...
nie wymiotowałam 7 dni. w sumie całkiem niezły wynik. ale w głowie wcale nie lepiej. trzymałam 1400 kcal a i tak mnie nosiło żeby się najeść i wymiotować. później sobie myślałam że spokojnie, będę zmniejszać kaloryczność tylko mam nie rzygać... no i po co te myśli? czy nie zależy mi na normalności? a ja ciągle chcę chudnąć. i to jeszcze nie daje rady, bo i tak się objadam. tak bardzo chcę zagłuszyć te swoje myśli, nie chcę nic czuć, totalnie się odciąć. napchać i wyrzygać. ciężko. nie potrafię powiedzieć STOP. do końca nie chcę... jakoś sobie odreagowuje tym i taka jest prawda. ale robię małe kroki. malutkie. malusieńkie kroki robię, ale robię. nawet jeśli mam wymiotować co drugi dzień. nawet jeśli będę wymiotować raz dziennie a nie 5 razy. wiem, że w ogóle nie powinno być rzygania. ale... eh. żadnego ale nie powinno być. chcę być zdrowa. tak bardzo nienawidzę siebie. tak bardzo boję się iść do przodu. być odpowiedzialna. pomyśleć o sobie. ciągle mam w głowie co muszę i co dyktuje mi sumienia odnośnie ojca.. a mówią wszyscy że on jest dorosły a jednak czuję się za niego odpowiedzialna. eh... koniec pisania. i tak mam ochotę wymiotować jeszcze raz. jak zacznę to nie chcę kończyć. chcę żeby to trwało i trwało aż padnę... tylko po którymś takim razie odechciewa mi się żyć i zazwyczaj kończy się jakimś głupim aktem autodestrukcji... dobra. nieważne.
nie wymiotowałam 7 dni. w sumie całkiem niezły wynik. ale w głowie wcale nie lepiej. trzymałam 1400 kcal a i tak mnie nosiło żeby się najeść i wymiotować. później sobie myślałam że spokojnie, będę zmniejszać kaloryczność tylko mam nie rzygać... no i po co te myśli? czy nie zależy mi na normalności? a ja ciągle chcę chudnąć. i to jeszcze nie daje rady, bo i tak się objadam. tak bardzo chcę zagłuszyć te swoje myśli, nie chcę nic czuć, totalnie się odciąć. napchać i wyrzygać. ciężko. nie potrafię powiedzieć STOP. do końca nie chcę... jakoś sobie odreagowuje tym i taka jest prawda. ale robię małe kroki. malutkie. malusieńkie kroki robię, ale robię. nawet jeśli mam wymiotować co drugi dzień. nawet jeśli będę wymiotować raz dziennie a nie 5 razy. wiem, że w ogóle nie powinno być rzygania. ale... eh. żadnego ale nie powinno być. chcę być zdrowa. tak bardzo nienawidzę siebie. tak bardzo boję się iść do przodu. być odpowiedzialna. pomyśleć o sobie. ciągle mam w głowie co muszę i co dyktuje mi sumienia odnośnie ojca.. a mówią wszyscy że on jest dorosły a jednak czuję się za niego odpowiedzialna. eh... koniec pisania. i tak mam ochotę wymiotować jeszcze raz. jak zacznę to nie chcę kończyć. chcę żeby to trwało i trwało aż padnę... tylko po którymś takim razie odechciewa mi się żyć i zazwyczaj kończy się jakimś głupim aktem autodestrukcji... dobra. nieważne.
wtorek, 18 marca 2014
dobrze :)
dziś od początku do końca wygrałam. wczoraj oglądałam swoje zdjęcia z wakacji i powiedziałam DOSYĆ! żadnego rzygania, żadnych słodyczy. zdrowe odżywianie i trening. dziś było okey, trening TBC + ABS, bilans 1507 kcal. czuję się dobrze. czuję się wspaniale. chciałabym czuć się tak codziennie. będę się starać. życie jest piękne i nie pozwolę na to by bulimia przesłoniła mi ten piękny świat. trochę samodyscypliny i wszystko się ułoży. zacznie się układać. :)
piątek, 14 marca 2014
wiedziałam, że tak będzie. nie wiedziałam, że tak źle.
mogę być wściekła na siebie. jestem do niczego. cały dzień spędziłam
na objadaniu się i wymiotowaniu. rano wstałam, wcześnie dosyć, zrobiłam
zadanie na pisanie. i dobrze się czułam. mogłam dalej się uczyć, ale
nie, zaczęłam wpieprzać nie wiadomo po co. żeby sobie przyjemność
sprawić. ale jaka to przyjemność jeśli ciągle źle się czuję, taka winna
gruba, brzydka, bezwartościowa. czy naprawdę chwila kiedy się objadam
daje mi tyle szczęścia? czy nie wiąże się z tym więcej bólu i nienawiści
do samej siebie? czy ja po prostu jestem takim leniem śmierdzącym że
już zawsze moje życie będzie się kręciło wokół objadania i wymiotów?
ehh. boję się, że właśnie tak jest. że ja po prostu nie chcę się
zmieniać. tak jest o wiele łatwiej. nie ma uczuć. jakoś daję radę z
obowiązkami, ale tylko jakoś, bo resztę czasu spędzam na rzyganiu.
poza tym posprzątałam mieszkanie i obejrzałam bajkę Frozen. :) tyle, co dobrego zrobiłam.
za każdym razem mówiłam sobie, że już dosyć, że to ostatni raz, że już nigdy nigdy nigdy nie chcę się tak okropnie czuć, a później znowu. wzięłam coś do ust i wina była tak wielka, że musiałam to zwymiotować. a skoro założyłam, że i tak to zwymiotuję, to jadłam jeszcze więcej. głupia. przeczytałam, że podczas wymiotów zwraca się mniej niż połowę zjedzonych kalorii. będę grubasem. nie będę!! jeju... boję się, że wpadnę w kompulsywne objadanie się. na serio. bo żrę jak świnia jakaś.
oczywiście na siłownię nie poszłam, bo byłam bliska omdleniu. większość dnia się trzęsłam, a serce waliło jak oszalałe. słaba taka mroczki przed oczami, susza w ustach. i nieustanne myśli o jedzeniu i o tym jaka jestem gruba. jestem obrzydliwie tłusta. czuję na serio CZUJĘ swoje sadło i to mnie załamuje. w każdym razie poszłam wieczorem na warsztaty Lubię Siebie dla osób z zaburzeniami odżywiania. cały dzień miałam dylemat czy pójść czy nie, a głównym powodem dlaczego nie chciałam iść było "jak ja taka gruba OBRZYDLIWA się tak pokażę? od razu będą wiedzieć że ciągle żre. będą oceniać. wstydzę się tam iść." jednak jakoś to przezwyciężyłam i poszłam, bo powtarzałam sobie że to mi pomoże. że jeśli nie pójdę, znowu będę się objadać. że jestem już na skraju wytrzymania i chcę sobie zrobić krzywdę za to, że nie panuję nad jedzeniem. i cieszę się że poszłam. robiliśmy mapę wizyjną swojego życia. mam zamiar poświęcić jej więcej czasu i dokładnie zrobić. poza tym zaczęłam też terapię z książką "Program terapii. Bulimia."
wydaje mi się, że motywację i tak mam za małą żeby z tego wyjść. to JA muszę pracować nad sobą. ale nie robię tego. dzisiaj wymiotowałam cztery razy i zleciał mi praktycznie cały dzień. z drugiej strony poszłam na te warsztaty, robiłam tę mapę. robiłam inne ćwiczenia z książki. otworzyłam komputer i piszę teraz swoje myśli. coś jednak zrobiłam. ale to za mało. czy nie mogłam zwyczajnie pouczyć się, pójść na siłownię i dodatkowo zrobić rzeczy które zrobiłam? ehhh co jest ze mną nie tak? tak bardzo się boję tych emocji. nie chcę ich odczuwać. wolę chodzić taka "znieczulona". wiem, że muszę się trzymać i będzie lepiej, w końcu będzie dobrze. ale nie mogę się trzymać jeśli z tyłu głowy wciąż myślę o wymiotowaniu. o objadaniu. o odchudzaniu. chciałabym akceptować siebie taką jaka jestem. kochać siebie za to jaka jestem. za to, że po prostu jestem.
poza tym posprzątałam mieszkanie i obejrzałam bajkę Frozen. :) tyle, co dobrego zrobiłam.
za każdym razem mówiłam sobie, że już dosyć, że to ostatni raz, że już nigdy nigdy nigdy nie chcę się tak okropnie czuć, a później znowu. wzięłam coś do ust i wina była tak wielka, że musiałam to zwymiotować. a skoro założyłam, że i tak to zwymiotuję, to jadłam jeszcze więcej. głupia. przeczytałam, że podczas wymiotów zwraca się mniej niż połowę zjedzonych kalorii. będę grubasem. nie będę!! jeju... boję się, że wpadnę w kompulsywne objadanie się. na serio. bo żrę jak świnia jakaś.
oczywiście na siłownię nie poszłam, bo byłam bliska omdleniu. większość dnia się trzęsłam, a serce waliło jak oszalałe. słaba taka mroczki przed oczami, susza w ustach. i nieustanne myśli o jedzeniu i o tym jaka jestem gruba. jestem obrzydliwie tłusta. czuję na serio CZUJĘ swoje sadło i to mnie załamuje. w każdym razie poszłam wieczorem na warsztaty Lubię Siebie dla osób z zaburzeniami odżywiania. cały dzień miałam dylemat czy pójść czy nie, a głównym powodem dlaczego nie chciałam iść było "jak ja taka gruba OBRZYDLIWA się tak pokażę? od razu będą wiedzieć że ciągle żre. będą oceniać. wstydzę się tam iść." jednak jakoś to przezwyciężyłam i poszłam, bo powtarzałam sobie że to mi pomoże. że jeśli nie pójdę, znowu będę się objadać. że jestem już na skraju wytrzymania i chcę sobie zrobić krzywdę za to, że nie panuję nad jedzeniem. i cieszę się że poszłam. robiliśmy mapę wizyjną swojego życia. mam zamiar poświęcić jej więcej czasu i dokładnie zrobić. poza tym zaczęłam też terapię z książką "Program terapii. Bulimia."
wydaje mi się, że motywację i tak mam za małą żeby z tego wyjść. to JA muszę pracować nad sobą. ale nie robię tego. dzisiaj wymiotowałam cztery razy i zleciał mi praktycznie cały dzień. z drugiej strony poszłam na te warsztaty, robiłam tę mapę. robiłam inne ćwiczenia z książki. otworzyłam komputer i piszę teraz swoje myśli. coś jednak zrobiłam. ale to za mało. czy nie mogłam zwyczajnie pouczyć się, pójść na siłownię i dodatkowo zrobić rzeczy które zrobiłam? ehhh co jest ze mną nie tak? tak bardzo się boję tych emocji. nie chcę ich odczuwać. wolę chodzić taka "znieczulona". wiem, że muszę się trzymać i będzie lepiej, w końcu będzie dobrze. ale nie mogę się trzymać jeśli z tyłu głowy wciąż myślę o wymiotowaniu. o objadaniu. o odchudzaniu. chciałabym akceptować siebie taką jaka jestem. kochać siebie za to jaka jestem. za to, że po prostu jestem.
czwartek, 13 marca 2014
dzisiaj wygrałam, a i tak czuję się źle.
a dlaczego źle? pewnie dlatego, że bardzo bardzo bardzo chcę się oddać napadowi jutro z rana. dzisiaj cały dzień chodziłam i myślałam o tym czy by nie wymiotować. najpierw po lekcji miałam już iść do domu, bo skończyliśmy wcześniej, a ja chciałam iść na siłownię dopiero na zajęcia fitness więc wolałam odpuścić i autentycznie wrócić do domu żeby jeść i rzygać. myślałam o tym. ale musiałam odebrać kosmetyki od koleżanki więc w końcu poszłam na tę siłownię i nie żałowałam, bo ochota na wpieprzanie mi przeszła. na chwilę. ćwiczyłam intensywnie przez godzinę, bieganie, orbitrek i siłowe na nogi. wyszłam, głodna już masakrycznie, i pomyślałam że zjem sobie grzecznie owsiankę jak wrócę do domu. ale od razu przed oczami stanęła mi wizja mnie wpieprzającej wszystko więc poszłam do salad story, poczytałam chwilę książkę i dopiero wtedy wróciłam. w domu znów czytałam książkę. pojechałam udzielić korepetycji. rozbudziłam się, bo po siłowni byłam wypompowana na maksa. i odebrałam jeszcze laptopa z naprawy i kupiłam sobie buty <3 ale fajnie, bo chciałam dać za nie 150 zł a okazało się przy kasie, że są przecenione i kosztowały 70 zł :D
i tak mi zleciało trochę więcej czasu ale i tak ciągle myślałam że chcę wymiotować. później, że wcale nie chcę. i nie będę. ale weszłam do sklepu i i tak kupiłam jakieś śmieci o których myślałam cały dzień. ale weszłam do mieszkania i współlokator był z dziewczyną i pomyślałam sobie "ufff całe szczęście, nie będę rzygać". i zjadłam owsiankę. w sumie teraz nie czuję że bym chciała się objadać. czuję, że jestem obrzydliwie gruba. fuj fuj fuj. obrzydliwa. nie powinnam się objadać nawet jak mam wymiotować. ale jestem taka słaba... poza tym miałam chwilę słabości i zjadłam trochę czekolady, i już myślałam że zaraz się rzucę na wszystko taka winna, ale na szczęście miałam niewiele czasu do wyjścia na korki i powstrzymałam się.
zrobiłam troszkę do szkoły i teraz będę czytać książkę. o odżywianiu oczywiście ale bardzo fajnie napisana i już jestem w połowie więc może dzisiaj skończę :)
powinnam wytrzymać. walczyć tak każdego dnia aby było później lepiej. ale ... no i znowu to "ale"!!! wiem, że jak będę się trzymać to będę się lepiej czuć a moje dni będę upływać przyjemnie i ja będę szczęśliwa. ale prawda jest taka, że jedzenie mną rządzi... ppfff. ta, rządzi. to ja wybieram. prawda jest taka, że to ja wybieram ciągle to jedzenie a nie coś co rzekomo ma mnie uszczęśliwiać. dlaczego tak bardzo robię sobie pod górkę? dlaczego chcę być ciągle nieszczęśliwa. jezu jak chcę być taka nieszczęśliwa to mogę se rzygać do usranej śmierci. wszystko w moich rękach.
bilans:
ser biały chudy 125 g
papryka 100 g
banan
małe jabłko
tortilla salad story
mały sok grejpfrutowo-pomarańczowy salad story
5 kostek czekolady mlecznej
płatki owsiane 35 g
pół łyżeczki kakao
mleko 2 % tł.
i tak mi zleciało trochę więcej czasu ale i tak ciągle myślałam że chcę wymiotować. później, że wcale nie chcę. i nie będę. ale weszłam do sklepu i i tak kupiłam jakieś śmieci o których myślałam cały dzień. ale weszłam do mieszkania i współlokator był z dziewczyną i pomyślałam sobie "ufff całe szczęście, nie będę rzygać". i zjadłam owsiankę. w sumie teraz nie czuję że bym chciała się objadać. czuję, że jestem obrzydliwie gruba. fuj fuj fuj. obrzydliwa. nie powinnam się objadać nawet jak mam wymiotować. ale jestem taka słaba... poza tym miałam chwilę słabości i zjadłam trochę czekolady, i już myślałam że zaraz się rzucę na wszystko taka winna, ale na szczęście miałam niewiele czasu do wyjścia na korki i powstrzymałam się.
zrobiłam troszkę do szkoły i teraz będę czytać książkę. o odżywianiu oczywiście ale bardzo fajnie napisana i już jestem w połowie więc może dzisiaj skończę :)
powinnam wytrzymać. walczyć tak każdego dnia aby było później lepiej. ale ... no i znowu to "ale"!!! wiem, że jak będę się trzymać to będę się lepiej czuć a moje dni będę upływać przyjemnie i ja będę szczęśliwa. ale prawda jest taka, że jedzenie mną rządzi... ppfff. ta, rządzi. to ja wybieram. prawda jest taka, że to ja wybieram ciągle to jedzenie a nie coś co rzekomo ma mnie uszczęśliwiać. dlaczego tak bardzo robię sobie pod górkę? dlaczego chcę być ciągle nieszczęśliwa. jezu jak chcę być taka nieszczęśliwa to mogę se rzygać do usranej śmierci. wszystko w moich rękach.
bilans:
ser biały chudy 125 g
papryka 100 g
banan
małe jabłko
tortilla salad story
mały sok grejpfrutowo-pomarańczowy salad story
5 kostek czekolady mlecznej
płatki owsiane 35 g
pół łyżeczki kakao
mleko 2 % tł.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



