mogę być wściekła na siebie. jestem do niczego. cały dzień spędziłam
na objadaniu się i wymiotowaniu. rano wstałam, wcześnie dosyć, zrobiłam
zadanie na pisanie. i dobrze się czułam. mogłam dalej się uczyć, ale
nie, zaczęłam wpieprzać nie wiadomo po co. żeby sobie przyjemność
sprawić. ale jaka to przyjemność jeśli ciągle źle się czuję, taka winna
gruba, brzydka, bezwartościowa. czy naprawdę chwila kiedy się objadam
daje mi tyle szczęścia? czy nie wiąże się z tym więcej bólu i nienawiści
do samej siebie? czy ja po prostu jestem takim leniem śmierdzącym że
już zawsze moje życie będzie się kręciło wokół objadania i wymiotów?
ehh. boję się, że właśnie tak jest. że ja po prostu nie chcę się
zmieniać. tak jest o wiele łatwiej. nie ma uczuć. jakoś daję radę z
obowiązkami, ale tylko jakoś, bo resztę czasu spędzam na rzyganiu.
poza tym posprzątałam mieszkanie i obejrzałam bajkę Frozen. :) tyle, co dobrego zrobiłam.
za
każdym razem mówiłam sobie, że już dosyć, że to ostatni raz, że już
nigdy nigdy nigdy nie chcę się tak okropnie czuć, a później znowu.
wzięłam coś do ust i wina była tak wielka, że musiałam to zwymiotować. a
skoro założyłam, że i tak to zwymiotuję, to jadłam jeszcze więcej.
głupia. przeczytałam, że podczas wymiotów zwraca się mniej niż połowę
zjedzonych kalorii. będę grubasem. nie będę!! jeju... boję się, że
wpadnę w kompulsywne objadanie się. na serio. bo żrę jak świnia jakaś.
oczywiście
na siłownię nie poszłam, bo byłam bliska omdleniu. większość dnia się
trzęsłam, a serce waliło jak oszalałe. słaba taka mroczki przed oczami,
susza w ustach. i nieustanne myśli o jedzeniu i o tym jaka jestem gruba.
jestem obrzydliwie tłusta. czuję na serio CZUJĘ swoje sadło i to mnie
załamuje. w każdym razie poszłam wieczorem na warsztaty Lubię Siebie dla
osób z zaburzeniami odżywiania. cały dzień miałam dylemat czy pójść czy
nie, a głównym powodem dlaczego nie chciałam iść było "jak ja taka
gruba OBRZYDLIWA się tak pokażę? od razu będą wiedzieć że ciągle żre.
będą oceniać. wstydzę się tam iść." jednak jakoś to przezwyciężyłam i
poszłam, bo powtarzałam sobie że to mi pomoże. że jeśli nie pójdę, znowu
będę się objadać. że jestem już na skraju wytrzymania i chcę sobie
zrobić krzywdę za to, że nie panuję nad jedzeniem. i cieszę się że
poszłam. robiliśmy mapę wizyjną swojego życia. mam zamiar poświęcić jej
więcej czasu i dokładnie zrobić. poza tym zaczęłam też terapię z książką
"Program terapii. Bulimia."
wydaje mi się, że
motywację i tak mam za małą żeby z tego wyjść. to JA muszę pracować nad
sobą. ale nie robię tego. dzisiaj wymiotowałam cztery razy i zleciał mi
praktycznie cały dzień. z drugiej strony poszłam na te warsztaty,
robiłam tę mapę. robiłam inne ćwiczenia z książki. otworzyłam komputer i
piszę teraz swoje myśli. coś jednak zrobiłam. ale to za mało. czy nie
mogłam zwyczajnie pouczyć się, pójść na siłownię i dodatkowo zrobić
rzeczy które zrobiłam? ehhh co jest ze mną nie tak? tak bardzo się boję
tych emocji. nie chcę ich odczuwać. wolę chodzić taka "znieczulona".
wiem, że muszę się trzymać i będzie lepiej, w końcu będzie dobrze. ale
nie mogę się trzymać jeśli z tyłu głowy wciąż myślę o wymiotowaniu. o
objadaniu. o odchudzaniu. chciałabym akceptować siebie taką jaka jestem.
kochać siebie za to jaka jestem. za to, że po prostu jestem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz