chcę przelać trochę swoich myśli na "papier" chociaż generalnie nic się nie zmienia...
nie wymiotowałam 7 dni. w sumie całkiem niezły wynik. ale w głowie wcale nie lepiej. trzymałam 1400 kcal a i tak mnie nosiło żeby się najeść i wymiotować. później sobie myślałam że spokojnie, będę zmniejszać kaloryczność tylko mam nie rzygać... no i po co te myśli? czy nie zależy mi na normalności? a ja ciągle chcę chudnąć. i to jeszcze nie daje rady, bo i tak się objadam. tak bardzo chcę zagłuszyć te swoje myśli, nie chcę nic czuć, totalnie się odciąć. napchać i wyrzygać. ciężko. nie potrafię powiedzieć STOP. do końca nie chcę... jakoś sobie odreagowuje tym i taka jest prawda. ale robię małe kroki. malutkie. malusieńkie kroki robię, ale robię. nawet jeśli mam wymiotować co drugi dzień. nawet jeśli będę wymiotować raz dziennie a nie 5 razy. wiem, że w ogóle nie powinno być rzygania. ale... eh. żadnego ale nie powinno być. chcę być zdrowa. tak bardzo nienawidzę siebie. tak bardzo boję się iść do przodu. być odpowiedzialna. pomyśleć o sobie. ciągle mam w głowie co muszę i co dyktuje mi sumienia odnośnie ojca.. a mówią wszyscy że on jest dorosły a jednak czuję się za niego odpowiedzialna. eh... koniec pisania. i tak mam ochotę wymiotować jeszcze raz. jak zacznę to nie chcę kończyć. chcę żeby to trwało i trwało aż padnę... tylko po którymś takim razie odechciewa mi się żyć i zazwyczaj kończy się jakimś głupim aktem autodestrukcji... dobra. nieważne.
środa, 26 marca 2014
wtorek, 18 marca 2014
dobrze :)
dziś od początku do końca wygrałam. wczoraj oglądałam swoje zdjęcia z wakacji i powiedziałam DOSYĆ! żadnego rzygania, żadnych słodyczy. zdrowe odżywianie i trening. dziś było okey, trening TBC + ABS, bilans 1507 kcal. czuję się dobrze. czuję się wspaniale. chciałabym czuć się tak codziennie. będę się starać. życie jest piękne i nie pozwolę na to by bulimia przesłoniła mi ten piękny świat. trochę samodyscypliny i wszystko się ułoży. zacznie się układać. :)
piątek, 14 marca 2014
wiedziałam, że tak będzie. nie wiedziałam, że tak źle.
mogę być wściekła na siebie. jestem do niczego. cały dzień spędziłam
na objadaniu się i wymiotowaniu. rano wstałam, wcześnie dosyć, zrobiłam
zadanie na pisanie. i dobrze się czułam. mogłam dalej się uczyć, ale
nie, zaczęłam wpieprzać nie wiadomo po co. żeby sobie przyjemność
sprawić. ale jaka to przyjemność jeśli ciągle źle się czuję, taka winna
gruba, brzydka, bezwartościowa. czy naprawdę chwila kiedy się objadam
daje mi tyle szczęścia? czy nie wiąże się z tym więcej bólu i nienawiści
do samej siebie? czy ja po prostu jestem takim leniem śmierdzącym że
już zawsze moje życie będzie się kręciło wokół objadania i wymiotów?
ehh. boję się, że właśnie tak jest. że ja po prostu nie chcę się
zmieniać. tak jest o wiele łatwiej. nie ma uczuć. jakoś daję radę z
obowiązkami, ale tylko jakoś, bo resztę czasu spędzam na rzyganiu.
poza tym posprzątałam mieszkanie i obejrzałam bajkę Frozen. :) tyle, co dobrego zrobiłam.
za każdym razem mówiłam sobie, że już dosyć, że to ostatni raz, że już nigdy nigdy nigdy nie chcę się tak okropnie czuć, a później znowu. wzięłam coś do ust i wina była tak wielka, że musiałam to zwymiotować. a skoro założyłam, że i tak to zwymiotuję, to jadłam jeszcze więcej. głupia. przeczytałam, że podczas wymiotów zwraca się mniej niż połowę zjedzonych kalorii. będę grubasem. nie będę!! jeju... boję się, że wpadnę w kompulsywne objadanie się. na serio. bo żrę jak świnia jakaś.
oczywiście na siłownię nie poszłam, bo byłam bliska omdleniu. większość dnia się trzęsłam, a serce waliło jak oszalałe. słaba taka mroczki przed oczami, susza w ustach. i nieustanne myśli o jedzeniu i o tym jaka jestem gruba. jestem obrzydliwie tłusta. czuję na serio CZUJĘ swoje sadło i to mnie załamuje. w każdym razie poszłam wieczorem na warsztaty Lubię Siebie dla osób z zaburzeniami odżywiania. cały dzień miałam dylemat czy pójść czy nie, a głównym powodem dlaczego nie chciałam iść było "jak ja taka gruba OBRZYDLIWA się tak pokażę? od razu będą wiedzieć że ciągle żre. będą oceniać. wstydzę się tam iść." jednak jakoś to przezwyciężyłam i poszłam, bo powtarzałam sobie że to mi pomoże. że jeśli nie pójdę, znowu będę się objadać. że jestem już na skraju wytrzymania i chcę sobie zrobić krzywdę za to, że nie panuję nad jedzeniem. i cieszę się że poszłam. robiliśmy mapę wizyjną swojego życia. mam zamiar poświęcić jej więcej czasu i dokładnie zrobić. poza tym zaczęłam też terapię z książką "Program terapii. Bulimia."
wydaje mi się, że motywację i tak mam za małą żeby z tego wyjść. to JA muszę pracować nad sobą. ale nie robię tego. dzisiaj wymiotowałam cztery razy i zleciał mi praktycznie cały dzień. z drugiej strony poszłam na te warsztaty, robiłam tę mapę. robiłam inne ćwiczenia z książki. otworzyłam komputer i piszę teraz swoje myśli. coś jednak zrobiłam. ale to za mało. czy nie mogłam zwyczajnie pouczyć się, pójść na siłownię i dodatkowo zrobić rzeczy które zrobiłam? ehhh co jest ze mną nie tak? tak bardzo się boję tych emocji. nie chcę ich odczuwać. wolę chodzić taka "znieczulona". wiem, że muszę się trzymać i będzie lepiej, w końcu będzie dobrze. ale nie mogę się trzymać jeśli z tyłu głowy wciąż myślę o wymiotowaniu. o objadaniu. o odchudzaniu. chciałabym akceptować siebie taką jaka jestem. kochać siebie za to jaka jestem. za to, że po prostu jestem.
poza tym posprzątałam mieszkanie i obejrzałam bajkę Frozen. :) tyle, co dobrego zrobiłam.
za każdym razem mówiłam sobie, że już dosyć, że to ostatni raz, że już nigdy nigdy nigdy nie chcę się tak okropnie czuć, a później znowu. wzięłam coś do ust i wina była tak wielka, że musiałam to zwymiotować. a skoro założyłam, że i tak to zwymiotuję, to jadłam jeszcze więcej. głupia. przeczytałam, że podczas wymiotów zwraca się mniej niż połowę zjedzonych kalorii. będę grubasem. nie będę!! jeju... boję się, że wpadnę w kompulsywne objadanie się. na serio. bo żrę jak świnia jakaś.
oczywiście na siłownię nie poszłam, bo byłam bliska omdleniu. większość dnia się trzęsłam, a serce waliło jak oszalałe. słaba taka mroczki przed oczami, susza w ustach. i nieustanne myśli o jedzeniu i o tym jaka jestem gruba. jestem obrzydliwie tłusta. czuję na serio CZUJĘ swoje sadło i to mnie załamuje. w każdym razie poszłam wieczorem na warsztaty Lubię Siebie dla osób z zaburzeniami odżywiania. cały dzień miałam dylemat czy pójść czy nie, a głównym powodem dlaczego nie chciałam iść było "jak ja taka gruba OBRZYDLIWA się tak pokażę? od razu będą wiedzieć że ciągle żre. będą oceniać. wstydzę się tam iść." jednak jakoś to przezwyciężyłam i poszłam, bo powtarzałam sobie że to mi pomoże. że jeśli nie pójdę, znowu będę się objadać. że jestem już na skraju wytrzymania i chcę sobie zrobić krzywdę za to, że nie panuję nad jedzeniem. i cieszę się że poszłam. robiliśmy mapę wizyjną swojego życia. mam zamiar poświęcić jej więcej czasu i dokładnie zrobić. poza tym zaczęłam też terapię z książką "Program terapii. Bulimia."
wydaje mi się, że motywację i tak mam za małą żeby z tego wyjść. to JA muszę pracować nad sobą. ale nie robię tego. dzisiaj wymiotowałam cztery razy i zleciał mi praktycznie cały dzień. z drugiej strony poszłam na te warsztaty, robiłam tę mapę. robiłam inne ćwiczenia z książki. otworzyłam komputer i piszę teraz swoje myśli. coś jednak zrobiłam. ale to za mało. czy nie mogłam zwyczajnie pouczyć się, pójść na siłownię i dodatkowo zrobić rzeczy które zrobiłam? ehhh co jest ze mną nie tak? tak bardzo się boję tych emocji. nie chcę ich odczuwać. wolę chodzić taka "znieczulona". wiem, że muszę się trzymać i będzie lepiej, w końcu będzie dobrze. ale nie mogę się trzymać jeśli z tyłu głowy wciąż myślę o wymiotowaniu. o objadaniu. o odchudzaniu. chciałabym akceptować siebie taką jaka jestem. kochać siebie za to jaka jestem. za to, że po prostu jestem.
czwartek, 13 marca 2014
dzisiaj wygrałam, a i tak czuję się źle.
a dlaczego źle? pewnie dlatego, że bardzo bardzo bardzo chcę się oddać napadowi jutro z rana. dzisiaj cały dzień chodziłam i myślałam o tym czy by nie wymiotować. najpierw po lekcji miałam już iść do domu, bo skończyliśmy wcześniej, a ja chciałam iść na siłownię dopiero na zajęcia fitness więc wolałam odpuścić i autentycznie wrócić do domu żeby jeść i rzygać. myślałam o tym. ale musiałam odebrać kosmetyki od koleżanki więc w końcu poszłam na tę siłownię i nie żałowałam, bo ochota na wpieprzanie mi przeszła. na chwilę. ćwiczyłam intensywnie przez godzinę, bieganie, orbitrek i siłowe na nogi. wyszłam, głodna już masakrycznie, i pomyślałam że zjem sobie grzecznie owsiankę jak wrócę do domu. ale od razu przed oczami stanęła mi wizja mnie wpieprzającej wszystko więc poszłam do salad story, poczytałam chwilę książkę i dopiero wtedy wróciłam. w domu znów czytałam książkę. pojechałam udzielić korepetycji. rozbudziłam się, bo po siłowni byłam wypompowana na maksa. i odebrałam jeszcze laptopa z naprawy i kupiłam sobie buty <3 ale fajnie, bo chciałam dać za nie 150 zł a okazało się przy kasie, że są przecenione i kosztowały 70 zł :D
i tak mi zleciało trochę więcej czasu ale i tak ciągle myślałam że chcę wymiotować. później, że wcale nie chcę. i nie będę. ale weszłam do sklepu i i tak kupiłam jakieś śmieci o których myślałam cały dzień. ale weszłam do mieszkania i współlokator był z dziewczyną i pomyślałam sobie "ufff całe szczęście, nie będę rzygać". i zjadłam owsiankę. w sumie teraz nie czuję że bym chciała się objadać. czuję, że jestem obrzydliwie gruba. fuj fuj fuj. obrzydliwa. nie powinnam się objadać nawet jak mam wymiotować. ale jestem taka słaba... poza tym miałam chwilę słabości i zjadłam trochę czekolady, i już myślałam że zaraz się rzucę na wszystko taka winna, ale na szczęście miałam niewiele czasu do wyjścia na korki i powstrzymałam się.
zrobiłam troszkę do szkoły i teraz będę czytać książkę. o odżywianiu oczywiście ale bardzo fajnie napisana i już jestem w połowie więc może dzisiaj skończę :)
powinnam wytrzymać. walczyć tak każdego dnia aby było później lepiej. ale ... no i znowu to "ale"!!! wiem, że jak będę się trzymać to będę się lepiej czuć a moje dni będę upływać przyjemnie i ja będę szczęśliwa. ale prawda jest taka, że jedzenie mną rządzi... ppfff. ta, rządzi. to ja wybieram. prawda jest taka, że to ja wybieram ciągle to jedzenie a nie coś co rzekomo ma mnie uszczęśliwiać. dlaczego tak bardzo robię sobie pod górkę? dlaczego chcę być ciągle nieszczęśliwa. jezu jak chcę być taka nieszczęśliwa to mogę se rzygać do usranej śmierci. wszystko w moich rękach.
bilans:
ser biały chudy 125 g
papryka 100 g
banan
małe jabłko
tortilla salad story
mały sok grejpfrutowo-pomarańczowy salad story
5 kostek czekolady mlecznej
płatki owsiane 35 g
pół łyżeczki kakao
mleko 2 % tł.
i tak mi zleciało trochę więcej czasu ale i tak ciągle myślałam że chcę wymiotować. później, że wcale nie chcę. i nie będę. ale weszłam do sklepu i i tak kupiłam jakieś śmieci o których myślałam cały dzień. ale weszłam do mieszkania i współlokator był z dziewczyną i pomyślałam sobie "ufff całe szczęście, nie będę rzygać". i zjadłam owsiankę. w sumie teraz nie czuję że bym chciała się objadać. czuję, że jestem obrzydliwie gruba. fuj fuj fuj. obrzydliwa. nie powinnam się objadać nawet jak mam wymiotować. ale jestem taka słaba... poza tym miałam chwilę słabości i zjadłam trochę czekolady, i już myślałam że zaraz się rzucę na wszystko taka winna, ale na szczęście miałam niewiele czasu do wyjścia na korki i powstrzymałam się.
zrobiłam troszkę do szkoły i teraz będę czytać książkę. o odżywianiu oczywiście ale bardzo fajnie napisana i już jestem w połowie więc może dzisiaj skończę :)
powinnam wytrzymać. walczyć tak każdego dnia aby było później lepiej. ale ... no i znowu to "ale"!!! wiem, że jak będę się trzymać to będę się lepiej czuć a moje dni będę upływać przyjemnie i ja będę szczęśliwa. ale prawda jest taka, że jedzenie mną rządzi... ppfff. ta, rządzi. to ja wybieram. prawda jest taka, że to ja wybieram ciągle to jedzenie a nie coś co rzekomo ma mnie uszczęśliwiać. dlaczego tak bardzo robię sobie pod górkę? dlaczego chcę być ciągle nieszczęśliwa. jezu jak chcę być taka nieszczęśliwa to mogę se rzygać do usranej śmierci. wszystko w moich rękach.
bilans:
ser biały chudy 125 g
papryka 100 g
banan
małe jabłko
tortilla salad story
mały sok grejpfrutowo-pomarańczowy salad story
5 kostek czekolady mlecznej
płatki owsiane 35 g
pół łyżeczki kakao
mleko 2 % tł.
środa, 12 marca 2014
gardło krzyczy z bólu ale dalej rzygam.
boli boli boli boli.
boli mnie gardło.
zapchać zapchać zapchać.
ciągle chcę się zapychać i rzygać.
rzygać rzygać rzygać.
widząc że przytyłam siedzę w kiblu dwa razy dłużej. zamiast powiedzieć sobie wcześniej "nie możesz jeść bo już jesteś tak gruba że masakra" to żre i później nad kiblem mówię sobie "rzygaj rzygaj nie wyjdziesz stąd póki nie wyrzygasz wszystkiego DO KOŃCA nie obchodzi mnie że ciężko, że boli, rzygaj do końca." i kończę jak już nie mam kompletnie siły, ledwo stoję na nogach, ze strachem że zaraz zemdleje. zawsze się boję że zemdleję i ktoś mnie znajdzie taką zarzyganą, boże najgorzej.
poza tym poszłam do p. J. i już tak dobrze... się czułam... no ja pierdole!!!!!!!!!! byłam pewna, że nie będę dzisiaj wymiotować a i tak wróciłam do domu i musiałam się nawpieprzać, chociaż nic się nie dzieje. nic złego. raczej dobre rzeczy.
poszłam do psychologa, do biblioteki, na korki, uśmiechałam się do ludzi, rozmawiałam. miałam dobry dzień. w planach było pójście na siłkę ale odpuściłam bo nogi mi do dupy wchodzą a oczy na zapałki po nieprzespanej nocy. i co, to był pretekst do obżarstwa? beznadziejna ja. jak mam się zmienić skoro tkwię w martwym punkcie? zła ja. głupia ja. źle źle źle.
bilans:
chleb razowy 210 kcal
szynka z kurczaka 50 kcal
papryka 30 kcal
ser biały 250 kcal
papryka 30 kcal
jabłko 120 kcal
kefir 220 kcal
<napad>
910 kcal plus napad. napad? napad straszny...
boli mnie gardło.
zapchać zapchać zapchać.
ciągle chcę się zapychać i rzygać.
rzygać rzygać rzygać.
widząc że przytyłam siedzę w kiblu dwa razy dłużej. zamiast powiedzieć sobie wcześniej "nie możesz jeść bo już jesteś tak gruba że masakra" to żre i później nad kiblem mówię sobie "rzygaj rzygaj nie wyjdziesz stąd póki nie wyrzygasz wszystkiego DO KOŃCA nie obchodzi mnie że ciężko, że boli, rzygaj do końca." i kończę jak już nie mam kompletnie siły, ledwo stoję na nogach, ze strachem że zaraz zemdleje. zawsze się boję że zemdleję i ktoś mnie znajdzie taką zarzyganą, boże najgorzej.
poza tym poszłam do p. J. i już tak dobrze... się czułam... no ja pierdole!!!!!!!!!! byłam pewna, że nie będę dzisiaj wymiotować a i tak wróciłam do domu i musiałam się nawpieprzać, chociaż nic się nie dzieje. nic złego. raczej dobre rzeczy.
poszłam do psychologa, do biblioteki, na korki, uśmiechałam się do ludzi, rozmawiałam. miałam dobry dzień. w planach było pójście na siłkę ale odpuściłam bo nogi mi do dupy wchodzą a oczy na zapałki po nieprzespanej nocy. i co, to był pretekst do obżarstwa? beznadziejna ja. jak mam się zmienić skoro tkwię w martwym punkcie? zła ja. głupia ja. źle źle źle.
bilans:
chleb razowy 210 kcal
szynka z kurczaka 50 kcal
papryka 30 kcal
ser biały 250 kcal
papryka 30 kcal
jabłko 120 kcal
kefir 220 kcal
<napad>
910 kcal plus napad. napad? napad straszny...
długo myślałam.
godzina 4.20
siedzę i spać nie mogę.
idę dzisiaj do psychologa i co mam jej powiedzieć? powinnam się wziąć w garść. ale ja chyba nie dorosłam żeby wyzdrowieć. nie dorosłam do decyzji żeby zmienić swoje życie. na samą myśl że mam jeść zdrowo, normalnie krzyczy głos w mojej głowie "Ty nie możesz jeść" i chcę się głodzić. nie chcę chyba żyć zdrowo. chcę się głodzić i być chuda. nie jeść, czuć ten ból, chodzić nakręcona z bólem głowy, czuć że zaraz zemdleje jak schodzę z bieżni, czuć że coś jest mi odebrane coś co kocham (jedzenie) jest mi odebrane bo ja na to zwyczajnie nie zasługuję. ehh. to chyba tyle z mojego "zdrowienia". wstyd mi za to.
siedzę i spać nie mogę.
idę dzisiaj do psychologa i co mam jej powiedzieć? powinnam się wziąć w garść. ale ja chyba nie dorosłam żeby wyzdrowieć. nie dorosłam do decyzji żeby zmienić swoje życie. na samą myśl że mam jeść zdrowo, normalnie krzyczy głos w mojej głowie "Ty nie możesz jeść" i chcę się głodzić. nie chcę chyba żyć zdrowo. chcę się głodzić i być chuda. nie jeść, czuć ten ból, chodzić nakręcona z bólem głowy, czuć że zaraz zemdleje jak schodzę z bieżni, czuć że coś jest mi odebrane coś co kocham (jedzenie) jest mi odebrane bo ja na to zwyczajnie nie zasługuję. ehh. to chyba tyle z mojego "zdrowienia". wstyd mi za to.
wtorek, 11 marca 2014
kolejny dzień z kjolejnymi bulimicznymi myslami.
dalej czuję się okropnie. jem i wymiotuję cały czas. właściwie to objadam się i wymiotuję cały czas. gardło znowu masakrycznie boli, za każdym razem wymioty sprawiają ogromny ból. ważę 64 kg. jezu. przytyłam 7-8 kg w ciągu 3 miesięcy. jestem załamana, co nie powstrzymuje mnie w ogóle przed objadaniem, mówię sobie, że okej, jutro zaczynam dietę. po czym przychodzi pora posiłku, jem,. mało, tyle ile powinnam i nagle mam takie wyrzuty sumienia że dojadam dojadam i dojadam. non stop. jem cokolwiek żeby tylko sie zapchać. później mam problem żeby wszystko zwymiotować. obiecuję sobie, że to już ostatni raz, za każdym razem sobie obiecuję i nic z tego nie wychodzi,.
mam kompletny mętlik w głowie nienawidze siebie, nie mogę na siebie patrzeć nie mogę znieść tych wszystkich sprzecznych mysli w mojej głowie. myślę o śmierci non stop. za każdym razem mam ochotę zrobić sobie krzywdę i zniknąć.
mam kompletny mętlik w głowie nienawidze siebie, nie mogę na siebie patrzeć nie mogę znieść tych wszystkich sprzecznych mysli w mojej głowie. myślę o śmierci non stop. za każdym razem mam ochotę zrobić sobie krzywdę i zniknąć.
poniedziałek, 10 marca 2014
już mam dosyć!
mam dosyć tego cholernego bagna w swojej głowie. wszystko wokół zasranego jedzenia. czuję się tak bardzo bardzo bardzo źle. nie mogę zapanować nad jedzeniem ciągle jest mi za mało. wolę się głodzić i nic nie jeść bo jak zaczynam jeść normalnie to mam wojnę w głowie, nie potrafię przestać, mam wyrzuty, dojadam i wymiotuję. na samą myśl o wymiotach już się krzywię. jeju to tak boli. coraz trudniej prowokować mi wymioty, coraz więcej czasu mi to zajmuje. coraz bardziej jestem do tego zniechęcona. chcę jeść i nie myśleć o tym, że rosnę, że tyję z każdym kęsem. chcę być szczupła, czuć się dobrze. nienawidzę siebie za swoją słabość, w niczym nie jestem dobra, w niczym. nawet w tym cholernym żarciu, nawet w walce z bulimią.; gówno a nie walka. jakby mi zależało to bym już przestała a ja ciągle wymiotuję. ciągle się objadam. jak największy grubas na świecie, tysiące kalorii które lądują w kiblu. nie mam siły. chcę się poddać. zasnąć i się nie obudzić. kurde... nie mam siły zasranej siły nie mam jej w sobie. jest tylko leń okropny leń zły na siebie i wszystko dookoła. chodzę z grymasem na twarzy, niezadowolona a nie robię nic żeby to naprawić. jest mi źle źle źle.
niedziela, 2 marca 2014
próba samobójcza.
Zacznę od początku, prosto z mostu. Tydzień temu w poniedziałek wzięłam tabletki i skończyło się szpitalem.
Po pierwszym razie myślę sobie, że będę żyć z bulimią do końca życia, a dookoła udawać, że wszystko w porządku. Przecież to doskonałe wyjście dla mnie - kara i nagroda w jednym. Ale przy drugim razie myślenie się zmienia. Myślę sobie, dlaczego chcę zadawać sobie ciągle krzywdę, dlaczego mam potrzebę żeby cierpieć? Dlaczego tak bardzo się nienawidzę? Po tym chcę wymiotować jeszcze i jeszcze, bez końca. Dopiero później przychodzi rozluźnienie, jakby wszystkie emocje, dosłownie WSZYSTKO ze mnie wyszło, cała nienawiść, cały ból, cały gniew po prostu zniknęły. I tak właśnie było w poniedziałek. Napad za napadem, żeby tylko nie myśleć o tym wszystkim co mnie otacza, żeby tylko uciec od uczuć. A po wszystkim, po dosłownie kilku godzinach tej męki usiadłam, zapaliłam papierosa i myślałam. Myślałam, jak ten świat schodzi na psy. Wszędzie tylko ból i cierpienie. Ludzie obłudni, fałszywi, mało komu można zaufać. Ja nie chcę żyć w takim świecie. Myślałam o dzieciach. Przeraża mnie fakt, że ośmioletnie dziecko biega z tabletem po podwórku i klnie do swoich kolegów. Tragedia. Myślałam o miłości. O jej braku. Wszystko kręci się wokół pieniędzy i sexu. Myślałam o sobie. Jaka jestem bezwartościowa, jaka zła. Że tak siebie nienawidzę, że muszę się zniszczyć. Że dłużej już moje życie nie ma sensu. Zaczęłam myśleć o bliskich mi osobach, ale szybko te myśli przegoniłam. Zwyczajnie wróciłam do pokoju i z szybkim biciem serca połknęłam garść tabletek i poszłam spać. Kolejna ucieczka, i kolejny przejaw egoizmu, wiem, ale miałam dosyć. Skończyło się szpitalem. Mój współlokator zadzwonił też do mojej siostry więc ona teraz o wszystkim wie, ale w gruncie rzeczy nie rozmawiałyśmy o tym za bardzo. Obiecałam, że już tak nie zrobię. No bo to głupota, wiem, ale chcę krzyczeć i tupać nogami, buntować się. Tylko takimi dziecinnymi sposobami niczego nie osiągnę, więc trzeba zacząć działać.
Pomyślałam trochę więcej. Czy ja naprawdę mam w ogóle powody żeby się nienawidzić? Bo co, gruba jestem? Bo wymiotuję? Bo się objadam? No właśnie. To są jedyne powody, dla których mam powód siebie nie lubić. Jedyne, które sprawiają, że ranię bliskie mi osoby. Zraniłam w życiu kilka osób, popełniłam trochę błędów, ale zawsze wyciągam z nich jakąś naukę. Patrzę na ludzi dookoła i myślę sobie, że jestem dobrym człowiekiem. Jestem. Tak bardzo uwierzyłam, że jestem zła, że robiłam wszystko żeby to potwierdzić. Ale kto mi to wmówił? Ja sama przecież...
Ciężko. Naprawdę ciężko mi, jak sobie pomyślę, że muszę żyć na tym szarym świecie.Ciężko, bo się zwyczajnie boję. Odpowiedzialności, dorosłości. Wzięcia życia w swoje ręce. Samotności. Że nie dam rady. Że zawalę. Ciężko, bo nie wierzę w siebie tak, jak powinnam. Wiem, że powinnam się cenić wyżej. Przecież widzę ile dobrego robię. Teraz to zauważam. Że to co się dzieje wokół, to zło tak mnie przytłacza, że ja robię wszystko żeby to zmienić. I chciałabym żeby było więcej takich osób. Więcej uśmiechu. Więcej życzliwości. Ludzie są dla ludzi. Czemu to wszystko idzie w złym kierunku?
Nie chcę się poddać. Chcę żyć. Zacisnąć zęby i do przodu. Łatwiej się poddać, ale ja chcę iść do przodu. Wiem, że nie zmienię świata. ;) Ale mogę zrobić tyle dobrych rzeczy, żeby być z siebie zadowoloną. Z siebie i z życia. A pierwszą rzeczą od której zacznę to pozbycie się bulimii. Autodestrukcyjnych zachowań. To jedyna rzecz, która niszczy mnie i poczucie mojej własnej wartości. Oczywiście, że mam wady. Ale nie krzywdzę nimi nikogo. I mam też zalety. Mam. I mogę żyć taka jaka jestem. Z ludźmi, których kocham. Z ludźmi, którzy mnie szanują. Mogę być silna. Nie muszę uciekać. Jestem silna.
Po pierwszym razie myślę sobie, że będę żyć z bulimią do końca życia, a dookoła udawać, że wszystko w porządku. Przecież to doskonałe wyjście dla mnie - kara i nagroda w jednym. Ale przy drugim razie myślenie się zmienia. Myślę sobie, dlaczego chcę zadawać sobie ciągle krzywdę, dlaczego mam potrzebę żeby cierpieć? Dlaczego tak bardzo się nienawidzę? Po tym chcę wymiotować jeszcze i jeszcze, bez końca. Dopiero później przychodzi rozluźnienie, jakby wszystkie emocje, dosłownie WSZYSTKO ze mnie wyszło, cała nienawiść, cały ból, cały gniew po prostu zniknęły. I tak właśnie było w poniedziałek. Napad za napadem, żeby tylko nie myśleć o tym wszystkim co mnie otacza, żeby tylko uciec od uczuć. A po wszystkim, po dosłownie kilku godzinach tej męki usiadłam, zapaliłam papierosa i myślałam. Myślałam, jak ten świat schodzi na psy. Wszędzie tylko ból i cierpienie. Ludzie obłudni, fałszywi, mało komu można zaufać. Ja nie chcę żyć w takim świecie. Myślałam o dzieciach. Przeraża mnie fakt, że ośmioletnie dziecko biega z tabletem po podwórku i klnie do swoich kolegów. Tragedia. Myślałam o miłości. O jej braku. Wszystko kręci się wokół pieniędzy i sexu. Myślałam o sobie. Jaka jestem bezwartościowa, jaka zła. Że tak siebie nienawidzę, że muszę się zniszczyć. Że dłużej już moje życie nie ma sensu. Zaczęłam myśleć o bliskich mi osobach, ale szybko te myśli przegoniłam. Zwyczajnie wróciłam do pokoju i z szybkim biciem serca połknęłam garść tabletek i poszłam spać. Kolejna ucieczka, i kolejny przejaw egoizmu, wiem, ale miałam dosyć. Skończyło się szpitalem. Mój współlokator zadzwonił też do mojej siostry więc ona teraz o wszystkim wie, ale w gruncie rzeczy nie rozmawiałyśmy o tym za bardzo. Obiecałam, że już tak nie zrobię. No bo to głupota, wiem, ale chcę krzyczeć i tupać nogami, buntować się. Tylko takimi dziecinnymi sposobami niczego nie osiągnę, więc trzeba zacząć działać.
Pomyślałam trochę więcej. Czy ja naprawdę mam w ogóle powody żeby się nienawidzić? Bo co, gruba jestem? Bo wymiotuję? Bo się objadam? No właśnie. To są jedyne powody, dla których mam powód siebie nie lubić. Jedyne, które sprawiają, że ranię bliskie mi osoby. Zraniłam w życiu kilka osób, popełniłam trochę błędów, ale zawsze wyciągam z nich jakąś naukę. Patrzę na ludzi dookoła i myślę sobie, że jestem dobrym człowiekiem. Jestem. Tak bardzo uwierzyłam, że jestem zła, że robiłam wszystko żeby to potwierdzić. Ale kto mi to wmówił? Ja sama przecież...
Ciężko. Naprawdę ciężko mi, jak sobie pomyślę, że muszę żyć na tym szarym świecie.Ciężko, bo się zwyczajnie boję. Odpowiedzialności, dorosłości. Wzięcia życia w swoje ręce. Samotności. Że nie dam rady. Że zawalę. Ciężko, bo nie wierzę w siebie tak, jak powinnam. Wiem, że powinnam się cenić wyżej. Przecież widzę ile dobrego robię. Teraz to zauważam. Że to co się dzieje wokół, to zło tak mnie przytłacza, że ja robię wszystko żeby to zmienić. I chciałabym żeby było więcej takich osób. Więcej uśmiechu. Więcej życzliwości. Ludzie są dla ludzi. Czemu to wszystko idzie w złym kierunku?
Nie chcę się poddać. Chcę żyć. Zacisnąć zęby i do przodu. Łatwiej się poddać, ale ja chcę iść do przodu. Wiem, że nie zmienię świata. ;) Ale mogę zrobić tyle dobrych rzeczy, żeby być z siebie zadowoloną. Z siebie i z życia. A pierwszą rzeczą od której zacznę to pozbycie się bulimii. Autodestrukcyjnych zachowań. To jedyna rzecz, która niszczy mnie i poczucie mojej własnej wartości. Oczywiście, że mam wady. Ale nie krzywdzę nimi nikogo. I mam też zalety. Mam. I mogę żyć taka jaka jestem. Z ludźmi, których kocham. Z ludźmi, którzy mnie szanują. Mogę być silna. Nie muszę uciekać. Jestem silna.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


