boli boli boli boli.
boli mnie gardło.
zapchać zapchać zapchać.
ciągle chcę się zapychać i rzygać.
rzygać rzygać rzygać.
widząc że przytyłam siedzę w kiblu dwa razy dłużej. zamiast powiedzieć sobie wcześniej "nie możesz jeść bo już jesteś tak gruba że masakra" to żre i później nad kiblem mówię sobie "rzygaj rzygaj nie wyjdziesz stąd póki nie wyrzygasz wszystkiego DO KOŃCA nie obchodzi mnie że ciężko, że boli, rzygaj do końca." i kończę jak już nie mam kompletnie siły, ledwo stoję na nogach, ze strachem że zaraz zemdleje. zawsze się boję że zemdleję i ktoś mnie znajdzie taką zarzyganą, boże najgorzej.
poza tym poszłam do p. J. i już tak dobrze... się czułam... no ja pierdole!!!!!!!!!! byłam pewna, że nie będę dzisiaj wymiotować a i tak wróciłam do domu i musiałam się nawpieprzać, chociaż nic się nie dzieje. nic złego. raczej dobre rzeczy.
poszłam do psychologa, do biblioteki, na korki, uśmiechałam się do ludzi, rozmawiałam. miałam dobry dzień. w planach było pójście na siłkę ale odpuściłam bo nogi mi do dupy wchodzą a oczy na zapałki po nieprzespanej nocy. i co, to był pretekst do obżarstwa? beznadziejna ja. jak mam się zmienić skoro tkwię w martwym punkcie? zła ja. głupia ja. źle źle źle.
bilans:
chleb razowy 210 kcal
szynka z kurczaka 50 kcal
papryka 30 kcal
ser biały 250 kcal
papryka 30 kcal
jabłko 120 kcal
kefir 220 kcal
<napad>
910 kcal plus napad. napad? napad straszny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz