Zacznę od początku, prosto z mostu. Tydzień temu w poniedziałek wzięłam tabletki i skończyło się szpitalem.
Po pierwszym razie myślę sobie, że będę żyć z bulimią do końca życia, a dookoła udawać, że wszystko w porządku. Przecież to doskonałe wyjście dla mnie - kara i nagroda w jednym. Ale przy drugim razie myślenie się zmienia. Myślę sobie, dlaczego chcę zadawać sobie ciągle krzywdę, dlaczego mam potrzebę żeby cierpieć? Dlaczego tak bardzo się nienawidzę? Po tym chcę wymiotować jeszcze i jeszcze, bez końca. Dopiero później przychodzi rozluźnienie, jakby wszystkie emocje, dosłownie WSZYSTKO ze mnie wyszło, cała nienawiść, cały ból, cały gniew po prostu zniknęły. I tak właśnie było w poniedziałek. Napad za napadem, żeby tylko nie myśleć o tym wszystkim co mnie otacza, żeby tylko uciec od uczuć. A po wszystkim, po dosłownie kilku godzinach tej męki usiadłam, zapaliłam papierosa i myślałam. Myślałam, jak ten świat schodzi na psy. Wszędzie tylko ból i cierpienie. Ludzie obłudni, fałszywi, mało komu można zaufać. Ja nie chcę żyć w takim świecie. Myślałam o dzieciach. Przeraża mnie fakt, że ośmioletnie dziecko biega z tabletem po podwórku i klnie do swoich kolegów. Tragedia. Myślałam o miłości. O jej braku. Wszystko kręci się wokół pieniędzy i sexu. Myślałam o sobie. Jaka jestem bezwartościowa, jaka zła. Że tak siebie nienawidzę, że muszę się zniszczyć. Że dłużej już moje życie nie ma sensu. Zaczęłam myśleć o bliskich mi osobach, ale szybko te myśli przegoniłam. Zwyczajnie wróciłam do pokoju i z szybkim biciem serca połknęłam garść tabletek i poszłam spać. Kolejna ucieczka, i kolejny przejaw egoizmu, wiem, ale miałam dosyć. Skończyło się szpitalem. Mój współlokator zadzwonił też do mojej siostry więc ona teraz o wszystkim wie, ale w gruncie rzeczy nie rozmawiałyśmy o tym za bardzo. Obiecałam, że już tak nie zrobię. No bo to głupota, wiem, ale chcę krzyczeć i tupać nogami, buntować się. Tylko takimi dziecinnymi sposobami niczego nie osiągnę, więc trzeba zacząć działać.
Pomyślałam trochę więcej. Czy ja naprawdę mam w ogóle powody żeby się nienawidzić? Bo co, gruba jestem? Bo wymiotuję? Bo się objadam? No właśnie. To są jedyne powody, dla których mam powód siebie nie lubić. Jedyne, które sprawiają, że ranię bliskie mi osoby. Zraniłam w życiu kilka osób, popełniłam trochę błędów, ale zawsze wyciągam z nich jakąś naukę. Patrzę na ludzi dookoła i myślę sobie, że jestem dobrym człowiekiem. Jestem. Tak bardzo uwierzyłam, że jestem zła, że robiłam wszystko żeby to potwierdzić. Ale kto mi to wmówił? Ja sama przecież...
Ciężko. Naprawdę ciężko mi, jak sobie pomyślę, że muszę żyć na tym szarym świecie.Ciężko, bo się zwyczajnie boję. Odpowiedzialności, dorosłości. Wzięcia życia w swoje ręce. Samotności. Że nie dam rady. Że zawalę. Ciężko, bo nie wierzę w siebie tak, jak powinnam. Wiem, że powinnam się cenić wyżej. Przecież widzę ile dobrego robię. Teraz to zauważam. Że to co się dzieje wokół, to zło tak mnie przytłacza, że ja robię wszystko żeby to zmienić. I chciałabym żeby było więcej takich osób. Więcej uśmiechu. Więcej życzliwości. Ludzie są dla ludzi. Czemu to wszystko idzie w złym kierunku?
Nie chcę się poddać. Chcę żyć. Zacisnąć zęby i do przodu. Łatwiej się poddać, ale ja chcę iść do przodu. Wiem, że nie zmienię świata. ;) Ale mogę zrobić tyle dobrych rzeczy, żeby być z siebie zadowoloną. Z siebie i z życia. A pierwszą rzeczą od której zacznę to pozbycie się bulimii. Autodestrukcyjnych zachowań. To jedyna rzecz, która niszczy mnie i poczucie mojej własnej wartości. Oczywiście, że mam wady. Ale nie krzywdzę nimi nikogo. I mam też zalety. Mam. I mogę żyć taka jaka jestem. Z ludźmi, których kocham. Z ludźmi, którzy mnie szanują. Mogę być silna. Nie muszę uciekać. Jestem silna.
jejku, doskonale Cie rozumiem. tez czasem mam takie myśli, że to wszystko nie ma sensu i najłatwiej byłoby to zakończyć. ale potem dochodzę do wniosku że trzeba żyć i Ty tez żyj. bądź silna i nie daj się!
OdpowiedzUsuńjestem tu nowa więc byłabym wdzięczna gdybyś zaglądneła na mojego bloga
http://revolture.blogspot.com/