piątek, 1 listopada 2013
cholerna bulimia.
wiem, że długo mnie nie było, ale dużo też się działo. zacznę od tego że moje bilanse wynosiły 500-1200 kcal, wymiotowałam. starałam się powstrzymywać i jak jednego dnia nie wymiotowałam to następnego potrafiłam rzygać i 4 razy. i nie że się obżerałam. przepłukiwałam żołądek wodą. doprowadziło to do obniżenia nastroju. tydzień temu żeby się znieczulić i już nie myśleć po prostu o tym bagnie w którym jestem wzięłam garść tabletek. wylądowałam w szpitalu na 4 dni. po tej akcji mój psycholog, psychiatra, lekarze, przyjaciele namawiają na podjęcie dziennej terapii na oddziale leczenia nerwic. eh... naprawdę, ja sama nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest ze mną AŻ TAK ŹLE, ale przyznaję, jest. muszę poświęcić WSZYSTKO i zająć się teraz ZDROWIEM. teraz albo nigdy. w poniedziałek dzwonię i umawiam się na "rozmowę kwalifikacyjną". i zaczynam. mam nadzieję, że będę mogła mieć indywidualny tok studiów, bo bez tego nie będę mogła iść na ten oddział. dalej chcę chudnąć i to mi przeszkadza w wyzdrowieniu z bulimii. ważę 55.5 kg. poza tym wczoraj od jakiegoś miesiąca chyba byłam na domówce ze znajomymi i po prostu tak mnie chwalili. Daria powiedziała, że schudłam. Marcin, który nie widział mnie chyba z rok po prostu się zachwycał mną. Ale najbardziej mi w głowie zostało i zadowoliło zdanie, które wypowiedział jak się pytał z czym chcę pić whisky. ja odpowiedziałam, że z pepsi max (bez cukru) a on "aha odchudzasz się z kości na ości?" jeju, to było cudowne. ale oczywiście ja i tak wiem, że tylko waga 50 kg by mnie zadowoliła. nie potrafię przestać wymiotować. to weszło mi w nawyk i odreagowuję tym wszystkie emocje - złe i dobre. myślę pozytywnie, ćwiczę, zdrowo jem, mało ale zdrowo a później przychodzi moment słabości i się obżeram a później rzygam. ehh to jest straszne, naprawdę muszę z tego wyjść.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz